Rowerowo na różowo
Liczba ocen: 27
7.6

Czasy, w których czerń była motywem przewodnim w rowerach chyba już nie wrócą, a na pewno nie za mojego pokolenia. Kiedyś dla wielu dwa kółka były prawdziwym stylem życia. Dziś styl pozostał, ale życie pokazało, że znacznie bliżej mu do drugiej niż ostatniej litery alfabetu: bycia. Przecież wcale nie tak dawno temu ubierałem się jak chciałem i ruszałem przed siebie, a towarzyszyło mi jedynie bębnienie piasku o dolną rurę ramy z wycieniowanego aluminium. Aktualnie nie wypada mieć za niskich skarpetek, bo jest ponoć wtedy jakaś kicha, a cała rzesza kolarzy internetowych przez więcej czasu woli kręcić piruety przed lustrem niż wdychać świeże, niesfermentowane powietrze za miastem.

rowerzystaStaram się oddychać, ale nie mogę. Chciałbym coś powiedzieć, ale oto mówią za mnie. Dziś niemal każdy rowerzysta jest uznanym w sieci czynnym blogerem, więc także oglądam. Niemal czuć smak „Turystycznej”, puszką po której wykonano wszystkie zdjęcia; wciągają mnie rowerowe przygody bogato czerpiące z „Plastusiowego pamiętnika”, którego pamiętam z dziecinnych czasów. Przeglądam komentarze pod wpisami: po tysiącu zatwierdzonych przez administratora będę miał rangę „Pinarello”, więc walczę i wbijam kolejny. No, czas wyjść na rower. Zapinam klamrę w butach, a do treningu intensywnie motywuje mnie opublikowane właśnie zdjęcie kolegi.

Widzę dwa otłuszczone, owłosione giczoły z żylakami pośrodku i czytam oświecający mnie opis:

„Dziś 20 km szosą, wyszły kable, jest moc!”

No przecież nie mogę być gorszy. Tylko jak trenować? Może znów podpowie mi komputer. Jedną ręką wcieram w nogę maść rozgrzewającą, drugą gorączkowo klikam po monitorze. Na szczęście mam wielu znajomych i szczęśliwym zrządzeniem losu okazuje się, że 70% z nich jest trenerami personalnymi! Jestem chyba w czepku urodzony, ale z natury jednak nieufny, więc przeglądam ich strony. Na szczęście zdaje się, że moje obawy były płonne. Jeden 5 lat temu wygrał zawody w Kozim Stawie Dolnym, drugi tłucze maratony z konkretnymi wynikami.

Na ostatnim 2 miejsce Open, nawet jest zdjęcie pucharka. W wynikach znalezionych w witrynie organizatora doczytuję, że w kategorii M3 wyścigu rowerów ze wspomaganiem elektrycznym, ale przecież podium to podium. Chwytam za telefon, rozmowa jest konkretna. Za kilka stówek miesięcznie skopiują mi swój plan treningowy, jednak muszę się spieszyć, bo mają już prawie komplet podopiecznych. Jasne, obiecuję oddzwonić. Zapinam drugą klamrę i wychodzę na dwór. Zaczynam asfaltem, bieżnik opon 2.2″ tłucze się niemiłosiernie, lecz niedługo dojadę do lasu. Przed sobą widzę jakiegoś szosowca. Chyba Rafał, bo na ciuchach wszędzie ma ksywkę „Rapha”, fajnie. Jedzie na ultralekkim, węglowym Cannondale’u. Brzuch pomysłowo oparł o górną rurę, a przy pasie biodrowym malutkiego plecaczka ma bumerang; rzucając wokół talii musi się go łatwiej zapinać.

Gość co chwilę się odwraca, jednak kręci dość wolno. Pewnie wraca z treningu. Ja dopiero zaczynam, więc robi mi się głupio. Krzyczę: „Rafał, siadaj na koło!”. Wyprzedzam go i macham ręką, ale jego dłonie kurczowo trzymają się kierownicy. Chyba mnie nie widzi, bo nad brodą Gandalfa ma szybę spawalniczą z napisem „POC”. Skądś ją znam… aha, już wiem! Przypomina mi się reklama nauki języka obcego, którą widziałem kiedyś na wakacjach w jednej z gazet. Szacun dla gościa rośnie. Wjeżdżam na swoje ulubione single i zamykam dzisiejszą pętlę. W domu włączam komputer i odpalam blogi, sprawdzę co u moich znajomych. Do licha, wszyscy mocno trenują!

okulary_poc

Jeden trzydziestolatek znów ogolił wszystkich na zawodach, był pierwszy Open na dystansie „Mini na Mini”. Wrzucił nawet fotę, odbiera pluszowego Minionka i klocki Lego. Dzieciakom z drugiego i trzeciego miejsca szklą się oczy, a kolarz musi być przecież twardy. Niech się uczą życia, kiedyś na pewno mu za to podziękują. Drugi wykręcił dziś 12 kilometrów, jest nawet ślad trasy. Krótko, ale pewnie trenuje do XC. Musiało być mocno, bo jazdę skończył w jakimś rowerowym caffe. Ponoć dziś tam się właśnie jeździ, muszę też spróbować. Zresztą niedługo będzie taka możliwość, bo z okazji obsłużenia dziesiątego klienta kawiarnia organizuje rowerowy wypad na 5-kilometrowej trasie. 1000 osób deklaruje, że weźmie udział. Trzeba zabrać ze sobą batony energetyczne, race i folię NRC. Wskazany jest też pies tropiący lub mama. Może następnym razem.

Mam jeszcze jednego kolegę, wrzucił właśnie zdjęcie z gór. Chciałem już wyłączyć komputer, ale rzucam okiem. Rower porysowany, na ciuchach nie ma ksywki „Rapha”, a na fotografii grzeje prosto w kałużę błota. Zero lajków, brak jest komentarzy. Ale sam jest sobie winien. Nie bloguje, ma za niskie skarpetki. Choć może dzięki temu widać wyrzeźbioną łydę, kumpel od owłosionych kulasów właśnie usunął swoje zdjęcie. Jako pierwszy i ostatni klikam „lubię to” i idę spać. Dobranoc!

Fot. Poc, Sita, geehxc, pezcyclingews