Rowerzyści są z Marsa, a samochodziarze z Wenus
Liczba ocen: 3
10.0

Jest pewne miejsce, w którym oddycha się inaczej, niż wszędzie indziej. Pełniej, głębiej. Wokół roztacza się naprawdę piękny widok – zalesione góry z gąszczem technicznych ścieżek, złote pola zbóż przyprawionych błękitem chabrów, soczysta zieleń miękkich traw wśród białych szutrów. Rower w tym miejscu nie jest dodatkiem, a idealnym komponentem całości.


 

Nie lubię jeździć szosą, wiem to od dawna. Tylko dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nie chodzi o asfalt, ale o jego użytkowników. Nie lubię kierowców. Nie wszystkich rzecz jasna, ale opowiem Wam, jak wszystko się zaczęło. Będąc młodym, człowiek różnie rozumie pojęcie niebezpieczeństwa. Najczęściej jest to dla niego wizja zalania nowego iPhone’a lub powrót rodziców ze szkoły.

Jeżdżąc na rowerze rzadko myśli o tym, że pędząca ciężarówka może tak wprasować go w asfalt, że zostanie odkryty w drugim pokoleniu, gdy ekipa budowlana zabierze się za łatanie dziur. Chyba większość z nas miała okazję, jadąc szosą pod wiatr, schować się w cieniu aerodynamicznym pędzącego przed nami pojazdu. Siedzi się na zderzaku, dłonie na klamkach i kolejne kilometry mijają w błyskawicznym tempie. Jest fajnie, czuć prędkość. Czy to niebezpieczne? Skąd, nie myśli się o takich rzeczach. Poza tym, o ilu poturbowanych rowerzystach jadących za autobusem czytaliście w gazetach lub słyszeliście w telewizji?

Pierwsze spotkanie bliskiego stopnia z samochodem nastąpiło u mnie w miejscu, w którym trzeba było mieć oczy szeroko otwarte. Mówi Wam coś rejestracja WGR? A powinna. Wybrałem się wówczas w 160 km trasę. Była sobota i piękne, słoneczne popołudnie. Jechałem główną drogą, gdy kierowca z naprzeciwka zapragnął skręcić w boczną drogę, przecinając mój tor jazdy. Przeciął niestety moje przednie koło, a ja znalazłem się na wysokości chodnika.

Na szczęście tubylcy w Grójcu są mniej agresywni niż samochodziarze i moja racja była w sile pięciu czy sześciu meneli spod pobliskiego sklepu (– Panie, ja wszystko widziałem!). Na szczęście scentrowane koło umożliwiało dalszą jazdę, którą kontynuowałem ze świeżą gotówką na naprawę sprzętu. Nie myślałem o tym, kto naprawi mnie. Wszystko było w porządku, więc wstałem i pojechałem dalej. Nie było też traumy. Ot, zwykłe zdarzenie drogowe, które przecież przydarzyć mogło się każdemu.

Mój tor jazdy ponownie został przecięty niewiele później na jednej z ruchliwych podwarszawskich dróg. Po co się tam pchałem? Wówczas była to jedyna droga powrotu (bez chodnika i sensownego pobocza), a do pokonania nią miałem około 2 kilometrów. To przecież chwila. Niestety podobnie, zdaje się, myślał człowiek, który wyprzedzając mnie postanowił nagle skręcić w prawo – a ja, wbijając się w jego nadkole, przeleciałem przez maskę samochodu i wylądowałem w rowie. W tym momencie straty były niestety większe. Przetarty plecak, rozcięte siodło i wygięta sztyca Ritchey WCS.

szklarska_poreba

Niestety, najczęściej człowiek w takich momentach nie myśli racjonalnie i chce jak najszybciej wydostać się spoza zasięgu wzroku przypadkowych gapiów. Nic mi nie jest, do widzenia. Warto się uspokoić i trzeźwo spojrzeć na sytuację. To ja jestem ofiarą. Tak, głupio to brzmi, a do głosu najczęściej dochodzi wydzierający się kierowca. Agresja na drodze zdarza się niestety często. Czasem można się jej spodziewać, innym razem bywa nieuzasadniona. Bo jak nazwać jedną z moich ulubionych historii do opowiadania przy piwie, kiedy to podczas rozkosznych wojaży przemierzałem polską wieś? Jechałem szosą, gdy za sobą usłyszałem warkot motoru. Rzecz niby normalna, ale obejrzałem się za siebie i ujrzałem, o zgrozo, dwie nieskażone choćby cieniem inteligencji twarze. W najmroczniejszych zakątkach polskich rubieży fakt ów też nie powinien dziwić, ale do myślenia dało mi to, iż pasażer trzymał w dłoni wyciągnięty kij, którym wyraźnie celował w moją głowę.

Rzecz niezbadana, jakież to procesy chemiczne zachodziły pod jego czaszką, ale zdążyłem na szczęście odbić w boczną ścieżkę i uniknąć zderzenia z nieodkrytą dotąd cywilizacją. Za studenckich czasów lubiłem w sobotę po pracy wziąć plecak i ruszyć na weekend w rodzinne strony. W niedzielę jeździłem po górach, a w poniedziałek rano pociągiem wracałem do pracy. Uwierzcie lub nie, ale naprawdę fajnie było słuchać szumu opon na ciepłym jeszcze asfalcie w miłe popołudnie. Ostatni raz wybrałem się w taką podróż lata temu, gdyż wyprzedzanie na trzeciego nie jest tym, co lubi rowerzysta.

Dziś znaczną ilość treningów wykonuję na szosie. Nigdy nie kupiłem roweru szosowego, ta idea nie jest dla mnie. Wsiadam na górala i robię swoją robotę. Często lubię ruszyć na trasę po zmroku, kiedy cichnie wiatr i silniki samochodów. Zawsze wybieram się w dość ustronne miejsca, ale i tam ostatnio zdarzył mi się kierowca zacnie tuningowanego audi 80 (spojlerek na dachu), który za wszelką cenę starał się udowodnić mi, że droga jest jego. I choć wcale tak nie jest, to trzeba zdać sobie sprawę z tego, że rowerzyści na szosie nie znaczą nic. Można nas zepchnąć do rowu, potrącić czy rozjechać na placek i świat się z tego powodu nie zatrzyma. Chyba również dlatego wolę leśne autostrady.

szklarska_poreba

Jeden z moich rowerowych kolegów z początków MTB tak właśnie zakończył swój młody żywot. Przejechany na górskiej szosie przez bliżej nieznanego sprawcę. A życie toczy się dalej, nic nie uległo zmianie. Piękne miejsce z początku tej historii odwiedziłem ostatnio jakiś czas temu. Niemal nic się w nim nie zmieniło, jest takie samo, jak niegdyś. Siedząc na cmentarnej ławeczce widać najpiękniejszy widok na świecie: góry, lasy i łąki. Ludzie rzadko ją jednak odwiedzają. Mają przecież ważniejsze, życiowe sprawy. Lubię za to myśleć, że mój kolega też czasem na niej przesiaduje i się uśmiecha.