Wspomnienie o Marku Galińskim
Liczba ocen: 1
10.0

Wydaje mi się, że było to za czasów liceum kiedy kupiłem swój pierwszy rower „górski”. W TVP1 trwała własnie krótka, ale interesująca transmisja z zawodów Skoda Auto Grand Prix MTB. Wyścig Elity, to było przeżycie. Najlepszy sprzęt, wyżyłowane łydki i ten styl jazdy!

Jedną z tras poprowadzono przez skocznię narciarską. Zawodnikowi z czuba podcięło koło i zaliczył groźny w skutkach upadek. Minęła dłuższa chwila, zanim podniósł się z ziemi i ciężko próbował wskoczyć na rower. Widać było walkę z samym sobą, grymas bólu. Kilka obrotów korbą i to wszystko. Spiker grzmiał, że dla niego to koniec wyścigu i prowadzenia. A ja patrzyłem, jak ten drobny kolarz, z góry skazany na porażkę, po raz drugi i trzeci niezłomnie próbuje ruszyć, aż w końcu musi dać za wygraną i schodzi z trasy. Tak właśnie poznałem Marka Galińskiego.

Marek Galiński - Prekursor używania odzieżoy kompresyjnej w polskim MTB

Później były gazety rowerowe, niezliczone wygrane i piewcy jego zwycięstw. Widywałem go kilkakrotnie na wyścigach, miałem okazję trzymać mu koło. Trzy lata temu z uśmiechem ściskałem swojemu idolowi rękę, gdy wręczał mi puchar na jednym z jego maratonów.

Charakter Marka poznałem z różnych opowieści. Radosław Rękawek z grupy Kross wspominał jeden z wyścigów Mazovia MTB Marathon, na którym jechał razem z Galińskim. Gdy przebił koło, Marek nie wykorzystał tej sytuacji tylko zsiadł z roweru i poczekał aż rywal upora się z defektem.

Kolejna historia pochodzi z targów rowerowych. Dwóch chłopaków zachwycało się właśnie jednym z rowerów. „Dużo bym dał, żeby się na takim przejechać”, powiedział jeden do drugiego. „To na co czekasz, wskakuj i jedź!” odrzekł sam Marek kręcący się gdzieś z tyłu. Galiński imponował nie tylko jako człowiek, ale również zawodnik. Blask jego kariery przyćmiły sukcesy naszych pań, a przecież w 2003 roku na Mistrzostwach Europy jechał jako trzeci. Guma, którą złapał tuż przed końcem wyścigu, pozbawiła go szans na medal.

Wyścig w 2004 roku w Les Gets z szansą Marka na złoto:

Rok później w słynnym, błotnistym Les Gets jechał jako pierwszy. Był wówczas chory, a czas trwania wyścigu przedłużono o 20 minut. Marek osłabł, finiszując na piątym miejscu. Ludzie, to było coś! Jasne, wyraźnie brakowało mu czasem szczęścia, ale dla mnie zawsze był numerem 1. Kilka lat temu oglądałem go na żywo podczas mistrzostw Polski w XC, gdy walczył o tytuł z Markiem Konwą. Patrzyłem na wielu kibiców, którzy niegdyś go kochali, a tam, na Telegrafie, życzyli zwycięstwa jego rywalowi. Całym sercem byłem za Markiem Galińskim i wierzyłem, że wygra. Wiecie co? Udało mu się!

Pamiętam, jak dostałem wiadomość, że Marek nie żyje. Bardzo chciałem, żeby był to bardzo ponury „żart”. Dobrze wiedziałem, że w grę mógł wejść tylko wypadek. Nie chciałbym pisać, kogo i czego już nie będzie. Ten człowiek osiągnął wiele, żył intensywnie i sądzę, że nie miał czego żałować. To właśnie jest piękne. Dla mnie był kimś, kogo warto jest naśladować, wierząc, że jeździ się choć w ułamku tak dobrze, jak on. Ponoć kochał trasy wokół Opoczna. Byłem tam, te ścieżki mają coś w sobie. Myślę, że wiem, co czuł, kiedy nimi jeździł. Zginął tak blisko tych miejsc.

Chciałbym wierzyć, że jest teraz na najpiękniejszej górskiej ścieżce. Liście szumią, a promienie słońca leniwie przebijają się przez korony drzew. Jedzie krętym singlem; pewnie i szybko. Szczupły, niepozorny, z żelazną łydką. Tylko teraz nieco wolniej i dostojniej. Nie potrzebuje już się ścigać; na szczycie położy się na trawie, przymknie oczy i posłucha wiatru.

wspomnienie_o_marku_galinskim