Royce, tytanowe piasty za 7000 zł.
Liczba ocen: 0
0.0

Pamiętacie jeszcze dawną rowerową modę na pstrokate kolory? Czerwone przerzutki Paul, wycinane CNC korby, ramy w tęczowych barwach. Później przyszła kolej czerni. Każdy chciał mieć czarne szprychy i obręcze, czarną ramę i widelec. Niektórzy producenci sami nakręcali ten trend jak choćby GT i jego Zaskar X, który wyglądał niczym słynny Ford T. Dobrze, że dziś mamy znów możliwość żonglowania kolorami i na szosie czy szlaku coraz częściej widuję przyciągające wzrok (ok., czasem w drugą stronę: odpychające) rowery.

Niestety szczególnie w Polsce gdzie nasze wypasione dwa kółka często bywają droższe od samochodu (i wcale nie jest to oznaka zamożności!) jesteśmy niejako skazani na popularne produkty. I dlatego na pierwszym lepszym maratonie okazuje się, że co drugi rower to „Spec”, a wszyscy jeżdżą na XTR czy XX1 (bez urazy dla ich posiadaczy). Rzadko kiedy widać kombinowanie w poszukiwaniach nieszablonowych rozwiązań i egzotycznych produktów. Powiecie: tak, bo nikt na tym nie jeździ i ciężko jest testować własnym portfelem. I tu niestety wracamy do początku tego akapitu…

Nie sposób wymienić wszystkich marek zasługujących na uznanie, ale przynajmniej można próbować 😉 Jedną z nich jest brytyjska Royce, która podobnie jak znana linia wytwornych aut z dawnych lat produkcji już w założeniu nie jest przeznaczona dla każdego. 35 lat temu założył ją będący rowerowym pasjonatem Cliff Polton, a pasję tę doskonale widać w produktach, który wyszły spod jego ręki. W odróżnieniu od samochodów, rowerowy Rolls zdaje się ukrywać przed mainstreamem w podziemiu. Brak reklam, testów, ba! Ciężko nawet trafić na ich firmową stronę, na której czas zatrzymał się wiele lat temu.

Ale gdy przebrnąć przez pierwszy mur oporu okazuje się, że brwi szybko wędrują w okolicę grzywki. Cliff produkuje suporty na kwadrat, ascetyczne korby i zębatki, a także (czy może przede wszystkim) piasty. Występują zarówno w wersji szosowej jak i MTB, a najbardziej niezwykły jest komplet o nazwie Racing Gold Disc Hubs. Otóż zestaw ten wykonano z jednego kawałka tytanu (!) łącznie z korpusem, co wg Cliffa ma wyrównywać naprężenia kołnierzy podczas hamowania.

A gdy ten uzyska już swój kształt, usuwane są wszelkie ślady obróbki, całość jest ręcznie polerowana i w celu utrwalenia tej powłoki – pokrywana złotym azotkiem tytanu znanym choćby z łańcuchów KMC czy goleni amortyzatorów Rock Shox. Piasta jest kompatybilna ze wszystkimi możliwymi systemami zaplotu, a warto dodać, że nie każda marka zezwala na budowę koła w oparciu o popularne „słoneczko”. Ilość otworów jest ustalana indywidualnie z producentem.

Tytanowy bębenek zbudowano w oparciu o zapadki i bardzo ciekawie rozwiązano system jego smarowania – robi się to szybko bez rozbierania piasty poprzez oś. Intrygujące jest też podejście producenta do spraw serwisowych bo nie podaje on konkretnych przedziałów czasowych, a jedynie informuje, że piastę należy nasmarować kiedy uznamy to za stosowne słysząc jej inną pracę. Do przedniej tak naprawdę zaglądać w ogóle nie musimy (sic!).

Co ciekawe Royce nie zaniedbuje także nowych technologii i możemy wybrać dla siebie wersję tytanowo – karbonową. Niestety jak to zwykle bywa, całość rozbija się o koszt. Para piast Racing Gold Disc to wydatek rzędu 7200 zł. Cóż, pozostaje nam jedynie pooglądać zdjęcia.

Fot. Royce