English Cycles: na czas
Liczba ocen: 2
10.0

Customowy, podkreślający indywidualizm właściciela rower to marzenie większości bikerów. Chcemy sprzętu wyjątkowego, jedynego, spersonalizowanego. Przecież wyrażamy nim własne „ja”. Full czy sztywniak, Shimano lub SRAM? Cienkie szytki, a może fatbike? Żonglujemy kolorami, pieczołowicie dobieramy poszczególne części. Rama zbudowana na zamówienie jest wejściem na najwyższy poziom. To jednak nie zabawa dla każdego. Najpierw jeździmy. Myślimy, odczuwamy, testujemy.

english_cycles

Szkicujemy ramy, dobieramy optymalne kąty. Na końcu powierzamy część siebie w ręce fachowca. To niesamowite, jak oddajemy się pasji. Co takiego jest w rowerach? Rob English, właściciel marki „English Cycles” (z takim nazwiskiem nie wypadało nazwać jej inaczej!) widzi to w niepokojąco intrygujący sposób:

„Tu chodzi o wolność i czystą radość płynącą z wykorzystania mariażu człowieka z maszyną. Osiągnięcie Zen dzięki jeździe bliskiej stanu medytacji. Możliwość odpłynięcia podczas tych długich wypraw szosą. Moc koncentracji na technicznych single – trackach. Prędkość, gdy z drogą łączy Cię mniej niż cal kwadratowy gumy. Walka z bólem, kiedy podjeżdżasz i ścigasz się z czasem. A nawet prostota, gdy jedynie krążysz po mieście”.

english_cycles

Zwróćcie uwagę na port micro-usb do szybkiego ładowania baterii (na co dzień jest zasłonięty uszczelką)

Widać, że facet produkuje ramy dla niemal każdego odłamu kolarstwa i niedyplomatyczne byłoby pomijanie któregokolwiek wątku. A jednak tacy właśnie jesteśmy – podobnie widzimy nasz rowerowy świat. Rob to gość ze ścigancką przeszłością, który wciąż poszukiwał swojego miejsca. Jedyne, czego chciał to możliwość pełnego uczestniczenia we wszystkich stadiach procesu tworzenia dwóch kółek. Od projektowania, przez produkcję aż do testów. A znaczyło to ni mniej, ni więcej niż tyle co mały, rodzinny biznes. English znalazł zatrudnienie w niewielkiej manufakturze w Oregonie: Bike Friday.

W 2009 roku zbudował pierwsze ramy dla znajomych, 4 lata później był już niezależnym twórcą. Zaczął od rowerów do indywidualnej jazdy na czas. Dzięki wielu testom narodził się koncept, który Rob aplikuje ich następcom. Tak powstało jedno z najpiękniejszych, moim zdaniem, dzieł Englisha. Dave to rowerzysta z Oregonu, który wiedział, czego chce. Choć materiał ramy na pierwszy rzut oka przypomina tytan, to właściciel postawił jednak na stal.

W rękach fachowca to wspaniały materiał, doskonale filtrujący nierówności „terenu”. Kręgosłup roweru został wypiaskowany, dzięki czemu uzyskał surowy, ale i niezwykle silnie przyciągający wzrok wygląd. Mamy tu do czynienia z lekkimi rurami True Temper S3. Zwróćcie uwagę na puszczone wewnątrz linki i główkę ramy. Maszt sztycy wykorzystuje jarzemko od Enve. W tego typu projekcie nie ma oczywiście miejsca dla wynalazków typu Press Fit, mufa suportu jest gwintowana. Napęd to elektryczna grupa Shimano Dura-Ace Di2. Co ciekawe w rurze podsiodłowej zainstalowano customową baterię, a w maszcie sztycy znajdziemy port micro-usb do szybkiego ładowania!

W kwestii hamulców Dave postawił na mix. Z przodu zastosował relatywnie silne mini V-brake’i marki TRP. To aerodynamiczny model TTV wykonany z aluminium poddanego obróbce CNC. Z tyłu przykręcono zestaw TriRig od Omega X. Nie zabrakło oczywiście takich smaczków jak tytanowe śrubki, stery Chris King czy aluminiowe pancerze Nokon. Na koniec koła: węglowe Zipp. Cały rower to fetysz, więc nie można zapomnieć o najważniejszym. Gotowy do jazdy sprzęt waży 8164 gramy. Koszt podstawowej ramy od English Cycles to ok. 10300 zł, ale przecież marzenia są bezcenne. Piękny, prawda?

Fot. Tina Beuscher