Moots Mooto X RSL
Liczba ocen: 4
9.8

Jeśli należycie do osób pamiętających czasy strony light-bikes.de, to musicie wiedzieć, że w składaniu ultralekkich i przyciągających wzrok rowerów Niemcy byli w ścisłej czołówce. Po dziś dzień w nieaktualizowanej od kilku lat galerii na pierwszym miejscu podium w kategorii „hardtaile” stoi tuningowany Scott Heinza Wittmanna. Na pokładzie znajdują się tam takie wynalazki, jak tak samo rzadka, jak i często pękająca tytanowa korba-widmo Fly Sports Propeller, amortyzator Rock Shox SID po liposukcji (waży 776 gramów!) czy zębatki wykonane z włókna węglowego.

Tego typu rowery na swój sposób zawsze były dopieszczone z charakterystyczną dla Niemców chłodną perfekcją, ale brakowało im „tego czegoś”. Nie miały w sobie nutki szaleństwa (może poza wspomnianym SID-em, ale to w zupełnie innym kierunku) i ekstrawagancji, od których z kolei kipiały maszyny składane przez kolegów zza Wielkiej Wody. Rower, o którym opowiemy dziś stara się łączyć oba światy, a jak wyszło to właścicielowi – oceńcie sami.

Za kręgosłup posłużyła tytanowa rama amerykańskiej legendy, wyprodukowała ją bowiem firma Moots. 29-er Mooto X RSL nie kipi może od designerskich smaczków, za to na dzisiejsze dalekowschodnie standardy jest kawałem dobrej, wciąż rzemieślniczej roboty. Co ciekawe, amerykańskie w tym rowerze są jeszcze tylko gripy (ESI Chunky), kaseta (SRAM), kierownica (tytanowa Moots) oraz pedały (Crank Brothers). Niemal cała reszta pochodzi z Niemiec lub krajów sąsiadujących. Chyba najbardziej rzucającą się w oczy częścią roweru jest amortyzator german: A Kilo. Tego typu pantografowe konstrukcje były kiedyś dość popularne, a ich zaletą był m.in. brak nurkowania (i tracenia skoku) podczas hamowania.

Wysoka (z reguły) cena za dobrej jakości modele i dość wysoki stopień skomplikowania konstrukcji zepchnęły tego typu widelce na boczny tor, aby po niedługim czasie prawie w ogóle o nich zapomnieć. Szkoda! Hamulce to tuningowane przez nadwornego niemieckiego magika od lekkich części (oczywiście mowa o Uli Fahlu z Tune) Brake Force One o nieco siermiężnej nazwie Kill Hill. W kwestii napędu właściciel roweru nie bawił się w półśrodki, tylko wybrał to, co kilka lat temu było najdroższe i najbardziej rzucające się w oczy: hydrauliczny zestaw Acros.

moots

Do kompletu przykręcono przepięknie anodowaną korbę Tune z, uwaga, włoskiej produkcji zębatkami Carbon-Ti. To nie tylko biżuteria, ale także w pełni działający, trwały produkt, nieustępujący płynnością zmiany biegów koronkom Shimano. Ich długodystansowy test znajdziecie na naszym portalu już wkrótce. Koła są składane i korzystają z takich komponentów, jak piasty Tune, obręcze AX-Lightness i szytki A. Dugast. Koniecznie zwróćcie uwagę na aluminiowe nyple: pomarańczowe przepleciono czarnymi, dzięki czemu całość jest bardziej stonowana.

Gratką dla maniaków niskiej masy są także pozostałe komponenty. Sztyca, mostek i siodło to znów niebotycznie drogie wypusty AX-Lightness. Dlaczego nie kierownica z włókna węglowego? Do roweru założono tłumiącą drgania tytanową rurkę Moots. Dość twardo pracujący widelec może być tu właściwym tropem. Na koniec popatrzcie na dopieszczenie detali. Wiele części poddano anodowaniu na kolor pomarańczowy, a strzałem w dziesiątkę są nakrętki na wentyle nawiązujące barwą do naklejek na amortyzatorze.

tytanowa rama

W terenie 😉

Myślicie, że rower wisi gdzieś na ścianie niemieckiej willi? Nic bardziej mylnego. Właściciel jeździ na nim w okolicach sennej, pagórkowatej miejscowości Lemgo przywołującej skojarzenia z rodzimymi Górami Świętokrzyskimi. Patrząc na powyższe zdjęcie i stan roweru nie jest to może wszystko, co da się „wydusić” z Moots’a, ale jedno jest pewne: Benowi towarzyszy uśmiech od ucha do ucha, bo jak sam twierdzi, jest to ucieleśnienie jego marzeń.

Fot. Moots, Leonardi Racing, materiały właściciela