Tytanowa sztyca Lynskey
Liczba ocen: 1
10.0

Metryczka: sztyca Lynskey titanium
Rozmiar: 27.2 x 400 mm
Masa: 238,8 g
Materiał: tytan, aluminium, włókno węglowe
Cena: ok. 750 zł
Gdzie kupić? Lynskey

Intro:

Branża rowerowa kołem się toczy. Wiecie, co jest najgorsze? Co kilkanaście lat, gdzieś w klimatyzowanym biurze zarządu na ostatnim piętrze dużego biurowca wynajdują to koło na nowo. Często trudno mi oprzeć się wrażeniu, że nie mają o nas najlepszego zdania. I tak kupimy, wydamy pieniądze. Czasem ktoś, w przebłysku śmiałości, gdzieś z kąta sali powie: „jak wymyślimy nowe, to będą kupowali stare”. I wtedy po prostu przestają robić stare, a nam nic nie pasuje do roweru.

tytanowa_sztyca_lynskey

Fot. Lynskey

Części się zużywają i albo zrobiliście zapasy, albo w końcu kupicie coś z nowego katalogu. Zwłaszcza, że to sztywniejsze o 123% względem poprzedniej wersji, w nowej, wypasionej kolorystyce. Grzech nie nabyć. Doskonale pamiętam początki MTB. Stawiano na komfort, eksperymentowano. W pewnym momencie pan z rowerowego prospektu zaczął mówić, że liczy się tylko sztywność. Inaczej tracimy cenne Watty. Jak ją osiągnąć? Tu nie trzeba „rocket science”, wystarczy zwiększyć rozmiar komponentu.

Najlepsze jest to, że cała ta sztywność wychodzi nam bokiem. Nawet niekoniecznie na maratonach, ale na zwykłych, dłuższych wypadach za miasto. Nagle okazało się, że grubych sztyc nie chcą nasze kręgosłupy, a kierownic dłonie. Zgoda, te części są super podczas krótkich sprintów, gdzie liczy się każdy ułamek energii włożonej w napędzanie roweru. Tylko przez jaki okres czasu spędzonego w siodle tak jeździcie?

Dziś powoli, jakby nieśmiało, wraca się do starych rozwiązań. Siedzimy godzinami w biurach, samochodach i powiedzcie, dlaczego ma nam być niewygodnie podczas relaksu na dwóch kółkach? Ludzie chcą komfortu i w kolejnych, topowych maszynach pojawiają się sztyce o średnicy 27.2 milimetra. Bo lepiej filtrują drgania i jeszcze chwila, a koncerny zaczną nam to sprzedawać jako nowość.

Nie zawsze warto podążać za modą. Mój startowy rower na dzisiejsze standardy wygląda dziwnie. Ma V-brake’i, klasyczne stery, wąską sztycę oraz gwintowaną mufę suportu. Co więcej, nie jest z carbonu. Jest jednak niesamowicie komfortowy i w dłuższym rozrachunku to właśnie te cechy przeważają nad sztywnością wszystkiego, co się da. Składając go, poszukiwałem doskonale amortyzującej sztycy z tytanu. Ze względu na tzw. współczynnik Young’a (to wartość określająca sprężystość danego materiału) jest pod tym względem nie do pobicia.

Zainteresowałem się niskoseryjnym (220 sztuk) wypustem marki Tune na 20-sto lecie firmy. Po rozmowie z właścicielem firmy okazało się, że sztyca była tak niskonakładowym wyrobem, iż… nigdy nie znalazła się w sprzedaży. To się nazywa marketing. Po ekscesach związanych z niebotycznie drogimi (jednak niedziałającymi) produktami Kent Eriksen, Dean i Moots w geście rozpaczy postawiłem na sprawdzoną klasykę.

tytanowa_sztyca_lynskey

Z pudełka:

Sztycę Lynskey zamówiłem bezpośrednio od producenta ze Stanów. To manufaktura o przebogatej historii i doświadczeniu, zdecydowałem się jej więc zaufać. Produkt zapakowano w najzwyklejsze, niczym niewyróżniające się pudełko bez żadnych logotypów. Rurkę wykonano z klasycznego stopu tytanu 3Al-2.5V. Jarzemko jest zrobione z aluminium, natomiast łódeczka z włókna węglowego.

Siodło przykręca się za pomocą najlepszego możliwego rozwiązania – dwóch przeciwstawnych śrub. W komplecie otrzymujemy je z metalu lekkiego, którym jest twardy tytan 6Al-4V. Lynskey w rozmiarze 27.2 x 400 mm waży 238,8 gramów. Wykonanie jest bardzo dobre, choć przyczepić mogę się do aluminiowego elementu jarzma, które wykazuje niedostatki obróbki. Na rurce znajdziemy piaskowane logo producenta. To wszystko. Prostota i funkcjonalność.

W terenie:

Sztyca doskonale trzyma wymiar (czego nie można powiedzieć o wszystkich, często uznanych produktach) i idealnie spasowała się z ramą. Posmarowałem ją niewielką warstwą Dura-Ace od Shimano. Antyzatarciowe smary do tytanu potrafią generować w tym miejscu trzaski. Największe obawy miałem co do węglowego jarzemka.

Jarzemko daje bardzo duży punkt podparcia dla prętów siodła, porównywalny ze sztycami Thomson. Śruby wykonano z mocnego stopu, ale trzeba na nie uważać i używać tylko najlepszej jakości kluczy. Ja wybrałem narzędzia Bondhus. Na gwinty naniosłem cienki film smarujący i zakończyłem montaż.

Już pierwsza przejażdżka w terenie potrafi pokazać, czy wspornik będzie amortyzował, czy też nie. Lynskey nie posiada wysunięcia w tył (tzw. setback) jak poprzednik, Kent Eriksen, i to czuć. Ugina się mniej, lecz doskonale filtruje wszelkie drgania. Swoją robotę wykonuje też rama, ale to na sztycy spoczywa jej główny filar.

Jarzemko nie ma tendencji do trzeszczenia, a śruby raz przykręcone trzymają mocno i pewnie. Cały element wykazuje wyraźną tendencję do gięcia się, co jednak w żaden sposób nie przeszkadza podczas treningów czy też wyścigów. Zdolność do absorpcji drgań doskonale widać na szybko następujących po sobie niewielkich nierównościach.

Doskonale pamiętam jeden z maratonów Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej ze słynnym już odcinkiem poprowadzonym leśną drogą wyłożoną „kocimi łbami”. Podczas gdy koledzy na sztywnych (to dobre słowo) rowerach musieli już wstać z siodła, na Lynskey’u wciąż mogłem dokręcać bez wstawania i wyprzedzać kolejne osoby. Rzecz jasna ciężko przypisywać te zasługi tylko sztycy, ale bez wątpienia znacznie mi tam pomogła.

tytanowa_sztyca_lynskey

Jarzemko z węglową łódeczką (fot. Lynskey)

Podsumowanie:

Wspornik przez trzy lata zdążył ze mną przejechać niemal 40 000 kilometrów. Do dziś wygląda prawie jak nowy, choć widać już na nim rysy przypominające mi o kolejnych treningach i zawodach. Największą zaletą tytanowej sztycy jest jej sprężystość. Kręgosłup zostaje znacznie odciążony, można jechać dłużej, dalej i przyjemniej. Masa w dobie węgla wydaje się być wysoka, ale jak na tę długość (400 mm) jest na zupełnie akceptowalnym poziomie.

Jedynymi minusami są cena i dostępność. Patrząc jednak na to, co robi choćby Cannondale ze swoim wspornikiem Flash warto postawić na klasyczną prostotę i elegancję. Problemem może być to, że tytan nie wszędzie pasuje. Ale wierzcie mi, jeszcze trochę i producenci znów przypomną sobie zarówno o nim, jak i o stali. To tylko kwestia czasu. To już nasze „life cycles”.

Plusy:
+ wysoka zdolność do absorpcji drgań
+ jakość wykonania
+ żywotność
+ niewielka jak na tytanową sztycę masa

Minusy:
cena

Ocena końcowa: 8/10

Zdjęcia: Anka Witkowska