Dziś zrobię coś inaczej, niż zwykle
Liczba ocen: 3
10.0

Człowiek to istota o zabawnej naturze. A raczej o przyzwyczajeniach, bo ponoć te są właśnie naszą drugą naturą. Ile jest tras, na które chcielibyście się wybrać? Wiem, mnóstwo. Najczęściej są daleko, potrzeba czasu i pieniędzy aby tam dojechać. Jeśli pracujecie, to pieniądze być może się znajdą, ale rodzina i cała masa obowiązków nie pozostawiają złudzeń, że macie czas.

trasy_rowerowe_w_gorach_swietokrzyskich

Studenci i reszta młodziaków mogą jechać choćby dziś, ale… tym z kolei brak funduszy. W porządku, a teraz odpowiedzcie sobie na drugie pytanie. Szczerze. Ile jest tras, które macie pod nosem, a do dziś ich nie znacie? Wszyscy mamy swoje ulubione ścieżki i najczęściej jeździmy nimi do upadłego. Znamy każdy zakręt, wszystkie kamienie. Przejeżdżając trasę szybciej, niż zwykle, mówimy, że to był dobry trening. Guzik, był taki sam jak zawsze, na tych ścieżkach już nic nie jest Was w stanie zaskoczyć.

Jesteśmy niewolnikami czasu, który, jak niektórzy zresztą twierdzą, nie istnieje. Przecież jeśli na rower wygospodarujesz dwie godziny, to z dużą dozą prawdopodobieństwa pojedziesz na tę trasę, którą zamykasz właśnie w tym czasie. Nowe ścieżki (na pewno) są fajne, ale odkładamy je na inny raz. W przyszły weekend, jak kupię nową kasetę, gdy nie będzie padało, kiedy tylko się uda. Wiecie co? Udaje się rzadko kiedy.

Wymówek jest bez liku. Nie wyczyściłeś napędu (na 2h jazdy będzie akurat), nie wziąłeś drugiego bidonu, może się ściemni… Ściemniasz 🙂 Na szczęście nie jesteś sam, większość z nas zna ten problem. Kiedy zaczynałem moją przygodę z MTB, miałem całą masę czasu, by jeździć, odkrywać, eksplorować. Znałem każdą drogę, ścieżkę, szlak w obrębie mapy w całkiem przyzwoitej skali. Napęd był tak zajechany, że przymiar przestawał wpadać, bo opierał się na kolejnej rolce łańcucha. Wtedy liczyło się dla mnie jednak coś innego. Pogoń za nieznanym.

portal_rowerowy

Jeżdżąc w moje ulubione polskie góry często wybieram najmocniej zjeżdżony szlak. Uwielbiam go, choć nie zaskakuje mnie niczym nowym. Dlaczego pojawiam się właśnie tam? Z przyzwyczajenia, wygodnictwa i wielu innych kiepskich powodów. Złapałem się na tym, że wracając patrzyłem na liczne pasma i wracałem pamięcią do momentów, gdy przemierzałem je moim starym, aluminiowym sztywniakiem. Dość, otworzyłem mapę kolejny raz i ruszyłem palcem po kolorowym szlaku.

Wsunąłem dwa bidony w koszyki, wpiąłem bloki w pedały i oto miała zacząć się kolejna przygoda. Ostatni raz byłem tu chyba 10 lat temu. Poczułem złość i żal, że wracam dopiero teraz. Walcząc o przyczepność opon na kamienistym zjeździe patrzyłem przed przednie koło. Za chwilę zdejmowałem kask, by wyciągnąć się tuż przy linii lasu na pachnącej ziołami łące. Przymknąć oczy i pomyśleć o tym, co dalej.

Jadąc krętym singlem wydawało mi się, że zdołałem ujrzeć samego siebie sprzed 10 lat. Ja i mój ATX Team. Nie byłem wyjadaczem maratonów ani królem techniki, ale czułem niesamowitą radość z tego, co widzę wokół mnie. Każdy zakręt, każda prosta niosły coś nowego, niesamowitego. Pachnącego świeżością. Zjeżdżając z gór wjechałem na szutrową drogę, którą miałem dojechać do samochodu. Ciągnęła się kilometrami przez las, słońce przebijało się leniwie przez dające cień korony drzew.

Przypomniały mi się historie o wsi spacyfikowanej przez Niemców podczas II wojny światowej w tej okolicy. Nagle w gęstwinie drzew i krzaków dojrzałem coś, co lata temu musiało być domem. Natura upomniała się o swoje i dziś jedynie kilka desek przypominało o tych, którzy niegdyś tu mieszkali. W pewnym momencie domów zaczęło przybywać. Wyglądały tak, jakby opuszczono je może kilka lat temu. Na jedno z podwórek prowadziła wciąż otwarta furtka, zdająca się czekać na właściciela, który wyszedł chwilę temu. Przeczyły temu jedynie zarośla, których była wokół gęstwina.

portal_rowerowy_nieoceniam

Jadąc dalej zobaczyłem dom, który wyróżniał się spośród innych. Przez okna można było wciąż dostrzec meble, a białych firanek nie pokrywał kurz. Po przeciwnej stronie drogi na zbitej z trzech belek ławce siedziała starowinka. To było niesamowite uczucie. Las, kilometry do najbliższych ludzi i wyludniona, zarośnięta wioska. A pośród niej zapewne ostatnia mieszkanka pamiętająca dawne czasy. Tylko ona, ciemny las i rozpadająca się chałupka. Takie widoki spotyka się raz w życiu.

Byłem niemal pewien, że gdy wrócę tu po raz drugi ławeczka będzie pusta, a białe dziś firanki zasnują pajęczyny i kurz. Furtka będzie otwarta, zaś o podwórko zacznie upominać się las. A może w ogóle tam nie trafię? Znacie takie miejsca, w których byliście raz i ponownie pomimo starań nie udało Wam się ich odszukać? Ja tak i czasem zastanawiam się, czy są prawdziwe. Tej samej nocy ruszyłem na szlak ponownie.

Drobinki szutru bębniły o dolną rurę ramy, wyrzucane spod opony. Dwie lampki Magicshine rozjaśniły mroki lasu. Dojeżdżając do wioski wyłączyłem czołówkę i pozostawiłem tylko MJ-872 świecącą w najsłabszym trybie. Wszystkie domy robiły niesamowite, posępne wrażenie. Tylko z jednego okna migotał nikły, ale bardzo ciepły blask płomienia świeczki. Wracając uparcie myślałem o tym, że warto robić coś tu i teraz, bo jutro może być za późno. Ruszacie na nowy szlak?