Gdy się nie chce!
Liczba ocen: 8
8.4

„Ja pierdzielę” – te słowa często same wchodzą do ust, gdy trzeba zabrać się za zaplanowany trening. Mnie też. Szczególnie w taką pogodę, jaką mamy teraz – i która będzie nam towarzyszyła mniej więcej do końca marca. Cztery miesiące, 120 dni. Siedzę w fotelu, a nade mną okno, przez które spoglądam na chmury o barwie brudnego śniegu po zimie w mieście. Co chwilę słyszę krople deszczu bębniące w dach. Ram-pam-bum, łup, łup, pac. A najgorsza z tego wszystkiego jest zgniatająca umysł niewidzialna pięść; zwiastun czekającego mnie wieczorem treningu. Wiem, że to nieuniknione jak śmierć i podatki. Dziś półtorej godziny biegania, myślę, a dreszcz przebiega mi po plecach. Ja pierdzielę. To ciąży nade mną od samego rana. Nie! Zaczyna się wieczorem dzień przed, świdruje głowę niczym stara wiertarka na korbkę. Powoli i nieubłaganie staje mi przed oczami obraz jutrzejszego treningu. A za oknem hula zimny, przenikliwy wiatr. Machinalnie zapinam ostatni guzik koszuli pod szyją.

góry świętokrzyskie trasy rowerowe

Gdy człowiek wraca do domu, nagle znajduje tysiąc wymówek, żeby opóźnić moment opuszczenia ciepłego pomieszczenia. To tak, jak z nauką za licealnych czy studenckich lat. Czeka na Ciebie kolokwium, jest weekend. W piątek zaklinasz rzeczywistość, że będziesz się uczył całą sobotę i niedzielę. Potem sobota zostaje spożytkowana na odpoczynek przed ciężką nauką, żeby zregenerować i odpowiednio przygotować do niej nasz umysł. W niedzielę za to będziesz uczył się od rana. O 16:00, gdy sprzątnąłeś już cały dom, zasiadasz na chwilę do komputera, żeby odsapnąć. 0 18:00, po obejrzeniu niezłego filmu wiesz, że teraz to już naprawdę trzeba się wziąć za siebie. 2 godziny później o 20:00, gdy właśnie oczyszczasz pulpit i kursorem rysujesz kwadraty na monitorze wiesz, że to już najwyższy czas na naukę. Zacznę o 21:00, o pełnej godzinie, mówisz do siebie. O 22:00 zrezygnowany wypowiadasz tylko krótkie „nic nie umiem, idę spać” i znikasz pod kołdrą.

Z treningiem w dni takie, jak teraz często jest podobnie. W końcu jednak ruszam z domu i idę do samochodu. Tuż po wyjściu na zewnątrz temperatura i dreszcz na całym ciele dobitnie pokazują, że to będzie długa noc. Nagle nie wiadomo skąd kumuluję w sobie całą energię, zaciskam dłoń na kluczykach i ruszam do samochodu miarowym krokiem. Raz, dwa, raz dwa. Tak jest dobrze, byle tylko dostać się do środka i ustawić klimę na 28 stopni oraz prawie maksymalny nawiew na wszystkie części ciała. Włączam nawet podgrzewanie lusterek, bo wtedy wydaje mi się, że jest cieplej. Odpalam dobrą, punkową płytę i jadę do lasu. Czasem okrężną drogą i zawsze przepisowo, bo dłużej siedzę w ciepłym. Gdy jestem w połowie, zaczyna padać śnieg z deszczem. W gruncie rzeczy często jest tak, że cały dzień nie pada, a gdy wychodzę na trening, coś zaczyna się dziać. Kiedyś się nawet irytowałem; teraz traktuję to jak coś oczywistego. Mam jednak wrażenie, że pogoda myśli i tylko czeka, żeby mi dopiec. Aż wreszcie dojeżdżam. Stoję na parkingu i czekam na coś, co pozwoli mi nie wysiadać. Nie wiem, kometa, kosmici, biegnący w świetle reflektorów przed maską mamut. Cokolwiek!

opona_tacx

Myślami jestem w domu, może warto było wsiąść na trenażer? Od razu przypomina mi się jednak ostatni trening. Tacx Flow to świetne urządzenie, ale mogłoby służyć jako symulator startującego odrzutowca. WwwłłłŁŁŁIIII!!! Mniej więcej tak to wygląda i tak to słychać. Kręcę jednak w najlepsze i słyszę, jak na korytarzu otwierają się drzwi u sąsiadki. ŁŁŁŁłłłłiiii, wyciszam bieg trenażera na bardziej miękkim przełożeniu, żeby ją zmylić. Ale nie, ona stoi i nasłuchuje. Łiiiiiiiiii iiiiii iiiii kręcę na 32/16 z oporem na „piątce”. Tup, tup, tup, trzask, odeszła. Ufff, ocieram pot ręcznikiem i wrzucam twardsze przełożenie. Ściany się trzęsą, odpalam wszystkie silniki. Z dołu walą w kaloryfer, więc zrzucam serię bomb i lecę dalej. Skrzyp, tup, tup, tup, oto wróg znów jest pod moimi drzwiami. Słyszę dzwonek, a może to karabin maszynowy? Do licha, chciałbym być teraz bardzo mały, taki malutki, maciupeńki. Albo ukryć się gdzieś i przeczekać. Najbezpieczniejsza wydaje mi się być muszla klozetowa, do której w myślach wchodzę, zamykam klapę i przeczekuję. DRRRRRRRRRYYYŃŃŃŃŃ!!!! Wściekle dzwoni dzwonek. WWWWWŁŁŁŁŁŁłłłłłłłłiiiiiiiiii…

Schodzę z trenażera i otwieram drzwi, u progu których stoi wielka, ze 3 razy większa ode mnie, gruba, czerwona i wściekła baba. „Panie, wyłącz to Pan przecież. Jest tak głośno, że całe mieszkanie mi chodzi!!!”. „Głooooośnoooooo??? Chooooodziiiiiii???” Odpowiadam z tym samym akcentem, co młody Koterski w „Dniu Świra”. Otrząsam się jednak z myśli i wracam do rzeczywistości oraz mojego samochodu. W końcu zdaję sobie sprawę z tego, iż nie mogę siedzieć tak w nieskończoność. Tłumaczę sobie spokojnie, że muszę wyjść; już pora. Zakładam na głowę czapkę, naciągam czołówkę i podpinam ją do akumulatorka schowanego w kieszeni koszulki. Bidon z moim ulubionym jabłkowym carbo chowam do drugiej i włączam Polara. W końcu wychodzę. Śnieg z deszczem chłoszcze mnie po twarzy, a wiatr usiłuje wniknąć pod szczelnie zasuniętą kurtkę. Zapalam Magicshine’a i wbiegam w ciemną czeluść lasu. Podobno do zimna można się przyzwyczaić; tak mówią ludzie zamieszkujący Syberię. Jak pisał Jacek Hugo Bader, u nas zamykają szkoły przy minus 20, w Rosji przy minus 50. Gdy temperatura na Syberii rośnie do minus kilkunastu stopni, w domach przestaje się palić w piecach, a matki wystawiają dzieci w wózkach na dwór, żeby się przewietrzyły. Podobno życie zamiera tam przy -40, gdy rzęsy przyklejają się do skóry, a wąsy do brody. Włosy stają się twarde, a nieosłonięta skóra momentalnie przymarza do metalowych rzeczy. Więc chyba rzeczywiście można się przyzwyczaić.

Najgorsze są pierwsze minuty; czasem pół godziny, a niekiedy rozkręcam się dopiero po godzinie. Na początku jest za ciepło, gdy stanę, momentalnie robi się zimno i niepotrzebnie powoduje rozdrażnienie. Biegnę w świetle czołówki i co chwila wpadam w miękkie błoto, a woda z kałuż wlewa mi się do butów. Ja pierdzielę. Patrzę na płatki śniegu i krople deszczu błyszczące w świetle diody i z nudów chucham w promień światła, co daje zajmujący czymś mózg efekt. Przynajmniej jest cicho, nikogo nie ma. Najgorzej bywa bowiem za dnia. Biegaczy jest wówczas multum i każdy chce machać na powitanie. Oczywiście nie ma w tym nic złego, ale koniec końców trzeba cały czas biec z łapą uniesioną w górę. W lesie, w którym biegam machają nawet ludzie, którzy przychodzą tylko posiedzieć na trawie.

W końcu biegnie mi się dobrze, mam swój rytm i całe ciało staje się maszyną do idealnego prowadzenia wolą umysłu. Każdy mięsień pracuje na zwycięstwo. Na szczęście w końcu robi się fajnie. Może za kilka dni pogoda pozwoli wyjść na narty? Gdy dobiegam do samochodu, szczęściu nie ma końca. Znów mogę rozkręcić klimę na maksa i przez długą chwilę śmieję się sam do siebie, nie mogąc uwierzyć, że to już koniec. Chciałoby się krzyczeć, śpiewać, tańczyć. Ja pierdzielę, przed nami 120 dni drogi przez mękę. Zobaczymy kto wytrwa, a kto się podda. Podnoszę głowę i patrzę na chmury w kolorze brudnego śniegu, a w dach bębnią złowrogo ciężkie krople brudnego deszczu.

Tak, kryzysy to nieodłączna część kolarstwa. Umacniają nas w tym, co robimy lub zabijają. Jak mawia mój trener: najważniejsze jest, aby je kontrolować. To od Was zależy czy się poddacie, czy będziecie walczyć dalej. Ale niezależnie od skutku, będąc na scenie warto czasem spojrzeć w górę czy szum powoduje owacja, czy też… opadająca kurtyna.