Gdzie kolarz się rodzi, gdzie kolarz umiera
Liczba ocen: 1
10.0

Razu pewnego nasz redakcyjny kolega Maciek, Szef działu XC i maratony, wracając z szosowego treningu, przebił dętkę. Zajechał pod niewielki sklep rowerowy i wszedł do środka z zamiarem kupna nowej. Podając towar sprzedawca nie omieszkał zwrócić uwagi na stojącego obok Scotta.

-Ładny rower. Ja mam Krossa, ale pękł…
-Niestety, niektóre Krossy pękały.
-Pewnie sporo Pan jeździ?
-Tak, przygotowuję się do etapówki.
-O! To pewnie do Gwiazdy Mazurskiej?
-Nie… do MTB Trophy.
-A… to nie znam.

Dzień pierwszy, gdzie kolarz się rodzi.
okolice_szczawnicy

Wcale nie tak dawno, podczas okołorowerowych rozmów znajomy nieco zadziornie zarzucił mi, że dawno nie byłem w prawdziwych górach. Spojrzałem na jeden z ostatnich treningów na Polarze. Na 60-kilometrowej trasie wokół Warszawy zrobiłem 30 metrów w pionie, co rzeczywiście nie było imponujące. Urlop zbliżał się wielkimi krokami – a jak szaleć, to szaleć, więc za cel obrałem sobie Szczawnicę. Osobiście nie przepadam za płaskimi szutrowymi drogami. Doskonale czuję się za to na najtrudniejszych, technicznych single-trackach. Spakowałem połowę swojego rowerowego dobytku, w samochodzie cicho trzasnęły drzwi, a w odtwarzaczu CD rozbrzmiały pierwsze dźwięki antologii Ramones. Przygodo… witaj.

Od zawsze lubię jeździć samochodem. Jesteśmy krajem tam bogatym w miłe dla oka okoliczności przyrody, że wręcz czymś niezwykłym byłoby niewykorzystanie tego dla poprawy własnego nastroju. Z czego zresztą skrzętnie korzystam. Górzyste lasy, jeziora, przydrożne kasztanowce przypominające maturalne lata.

Szczawnicę pamiętam z TransCarpatii A.D. 2009. Nic się tam nie zmieniło; to samo eklektyczne miasteczko o wielkim uroku. Usiadłszy na ławeczce nad szumiącym Grajcarkiem, można z niej już nie wstać. Przesiedzieć wieczność, hardo wyzywając spojrzeniami okoliczne góry. Przed sobą widzę Jarmutę i odkryte hale, wśród których wije się wężowa ścieżka. Myślami jestem już na górze. Co stamtąd widać, jak jedzie się tam rowerem?… A może wystarczy wyciągnąć się w bujającej na delikatnym wietrze trawie i przeleżeć cały dzień?

Zatrzymuję się w urokliwej, przedwojennej jeszcze willi i wyciągam rower. Wkładam koło w widelec, dokręcam tytanową szpilkę i oto świat stoi otworem, a jedynymi barierami są obrys mapy i siła własnych nóg. Zaczyna kropić, ale nie przyjechałem tu dla niemieckich programów w telewizorze. Zasuwam pod szyją ciepłą bluzę z maratonów ŚLR i ruszam na Wielką Przehybę. Czeka mnie ponad 600 metrów podjazdu w pionie na jakichś 6 kilometrach. Im wyżej wjeżdżam, tym łapczywiej obejmuje mnie gęsta mgła i zrasza coraz intensywniejszym deszczem. Czuję zadyszkę i po cichu cieszę się, że mogę zejść z roweru aby przeprowadzić go przez mokre zarośla, szukając szlaku. Na szczytach jest mi wręcz zimno, zakładam więc wiatrówkę i robi się przyjemnie, cieplutko. Poza mną ani żywego ducha; niczym zjawy z mgły na chwilę wyłaniają się dwaj motocrossowcy i tak szybko, jak się pojawili, nikną w mlecznym obłoku.

okolice_jeziora_czorsztynskiego_trasa_rowerowa

Czas na zjazd do samej Szczawnicy. Błoto i luźne kamienie nie ułatwiają pracy moim V-brake’om. Nawet jeśli to supersztywne Extralite, ceramiczne obręcze i zielone Kool Stopy, rower tak naprawdę nie hamuje. Wydawać by się mogło, że technikę zjazdu mam doskonałą, tak szybko pokonuję kolejne techniczne sekcje. A ja po prostu nie mogę się zatrzymać i z rozpaczliwym wyrazem na twarzy próbuję przetrwać. Tutaj albo przejedziesz, albo lądujesz 30 metrów niżej i, o ile się w ogóle ockniesz, nad sobą zobaczysz pewnie co najwyżej otwartą paszczę niedźwiedzia, a do snu ukołysze Cię wyjący do blasku księżyca wilk.

Dzień drugi, gdzie kolarz umiera.

Uwierzcie lub nie, ale wciąż przechowuję te mapy. TransCarpatia w roku 2006. Jadąc czerwonym szlakiem z Rabki do Krościenka wiedziałem, że kiedyś tam wrócę. W domu schowałem je do szafki i co jakiś czas przemierzałem palcem po kolorowych liniach, przypominając sobie to, co wówczas tam widziałem. I co siedzi w mojej głowie po dziś dzień.

Tym razem ruszam w kierunku odwrotnym. Wyjeżdżam poza miasteczko, milknie gwar ulic i warszawiaków, a ja czuję, że oto otwiera się nowy, lepszy etap mojego życia. Podjazd wydaje się nie mieć końca i śmieje się ze mnie każdym zakrętem, luźnym kamieniem i wystającym korzeniem. Przypominam sobie, jak jechałem tędy 9 lat temu, w równie piękną pogodę. Ciekawe, o czym myślałem w tym właśnie miejscu, jak wyglądał mój rower, co miałem na sobie? Staram się zakląć rzeczywistość i zobaczyć co nieco z przeszłości.

Ścieżka jest niezwykle trudna i czasem trudno uniknąć “butowania”. Sztywne shimanowskie carbony, które kupiłem tuż przed wyjazdem wyglądają, jakbym używał ich bez mała 2 lata i coraz bardziej przypominają stare buty, które przed zakupem uważałem za szurpety. Na domiar złego nie wypina mi się blok z buta i zaliczam glebę oraz rozcinam skórę na kolanie, które barwi się szkarłatem. Idę przed siebie, mija mnie grupka piechurów. Lakierki zrysowane, noga zakrwawiona, twarz zlana potem. Facet prowadzi rower. Ot, warszawiak pojechał w góry. Odwracam wzrok, nie mogę na nich patrzeć.

rowerowe_okolice-szczawnicy

Wracając jedną z najbardziej niesamowitych ścieżek, jaką przyszło mi jechać, gubię szlak. Zjeżdżam kamienistą drogą do samego miasteczka, w połowie stając. Odrywam jedną dłonią palce drugiej od kierownicy, bo same nie chcą jej puścić. SID 63 mm i V-ki robią swoje. Nogi niemiłosiernie wręcz palą.

W przydrożnym sklepie kupuję batony i 2 litry Coli. Wracam asfaltami do domu. Gdy dojeżdżam do głównej drogi, widzę zielony szlak, który doprowadzi mnie do samej Szczawnicy. Po prawej równiusieńki asfalcik, którym po 40 minutach będę już pod prysznicem. Wybór jest prosty. Nie po to mam rower MTB, by jeździć szosą. W domu jestem po 2,5 godziny.

Rodzisz się, czy umierasz?

Mówcie co chcecie, ale wg mnie prawdziwy kolarz MTB musi bywać w górach. Mam wielu znajomych, którzy po zwiedzeniu najtrudniejszych szlaków w Polsce nigdy więcej nie wybrali się ponad granicę 1000 metrów. Bo porysowali carbonowe buty i równie eleganckie węglowe ramy. Ktoś się wywrócił, inny prowadził rower całą trasę. Przez 4 dni pobytu na szlakach spotkałem 4 osoby na rowerach. Codziennie rano mijałem faceta na Cannondale’u z Leftym, który nie wyruszał poza obręb miasta oraz równo wylanych asfaltowych ulic. To właśnie tu okazuje się, czy jako kolarz rodzisz się, czy umierasz. W miasteczku gwar rozmów turystów, ale znajdź choć jedną osobę, która wie, jak dojechać do czerwonego szlaku.

Jeśli gdzieś nie da się wjechać kolejką lub samochodem, obejrzyjmy sobie to na smartfonie. Tak, “telefon” nie brzmi dziś już zbyt dumnie. Siedząc na tej samej ławeczce, co na początku opowieści, widzę “wielkomiejskich” ze swymi aparatami wielkości laptopa, przyczepionymi rzepem do ramienia. Jak głupio to wygląda… Patrzę na rodzinę wcinającą nad rzeką niedzielny obiad z czerwonego opakowania z żółtym “M”. Oglądam rowerzystów z XTR-ami, które wyglądają, jakby właśnie wyjechały ze sklepu.

Myślami jestem wysoko, na hali i wężowej ścieżce, na której kładę się z ramionami pod głową, a nade mną świeci gorące, bijące swym blaskiem słońce. Przymykam oczy. Żyję.

Szczawnica_trasy_rowerowe