FatBike nocą na Alasce
Liczba ocen: 4
9.9

Gdy Gary Fisher opuszczał fabrykę firmy Wilderness Trail Bikes, jego rozmówcy zapewne zachodzili w głowę do czego będzie mu to, o co ich przed chwilą poprosił. Tak czy owak, ojcu roweru MTB przecież się nie odmawia. Po jakimś czasie Gary odwiedził ich raz jeszcze, ale tym razem nie wychodził z pustymi rękami. Pod pachą niósł nowiutkie, prototypowe opony do roweru górskiego, które miał założyć do… linii pierwszych seryjnych 29-erów dedykowanych jeździe po ścieżkach w terenie.

Tak naprawdę pomysł nie do końca był jego, po prostu odkurzył co trzeba i ubrał w nowe szaty. Z amortyzatorem nie poszło mu jednak tak łatwo. Za nakłonienie Rock Shox’a do wyprodukowania pierwszej Reby obsługującej duże koła musiał zapłacić. Jedno jest jednak pewne, z jego pozycją nie było to zanadto trudne.

Gdy przeniesiemy się jeszcze dalej wstecz okaże się jednak, że pionierom nie zawsze szło tak łatwo. Oto jesteśmy na początku lat 90-tych, a naszą twarz smaga lodowaty śnieg gnany ścinającym płyn w gałkach ocznych wiatrem przy nominalnej temperaturze -20 stopni Celsjusza. Gdzie dokładnie? Któż to wie, gdzieś na bezdrożach Alaski. Geneza zawodów Iditabike sięga 1973 roku, kiedy to Joe Redington wraz z innymi osobami opracował projekt wyścigu psimi zaprzęgami, którego uczestnicy mieliby do pokonania ponad 1600 kilometrów. Bosko. Kilkanaście lat później pomysł podchwyciło kilku wariatów w kolorowych, obcisłych ciuchach. Co więcej uparli się, że wystartują na rowerach.

Dokładnie chwilę po tym jak zamknąłem oczy, usłyszałem Chloe wymawiającą moje imię. Co się stało? – zapytałem.
Pora wstawać!
Do cholery, to przecież niemożliwe. Przed chwilą zamknąłem oczy. Nie ma mowy, aby już minęła godzina. Rozsunąłem namiot, dniało. Spałem dokładnie godzinę i 15 minut.

Bill Shand, uczestnik wyścigu w 2001 roku.

W 1986 roku 70 letni wówczas Redington zaproponował kolarzom, że ich trasa powinna mieć przynajmniej 340 km. Wyzwanie zostało przyjęte. Organizatorzy nieśmiało zasugerowali, że zawodnicy winni wyposażyć się w rzeczy niezbędne do rozbicia obozu (i przeżycia w nim!) przy skrajnych temperaturach. Hipsterski bikepacking wówczas nie funkcjonował, toteż każdy musiał radzić sobie na własną rękę. Jedni przyczepiali do rowerów sanki, inni starali się przytroczyć do bagażników drewniane szafki mające pomieścić cały zestaw.

Ponieważ nikt nie wiedział co zadziała na tak długim szlaku, „tajne bronie” były na porządku dziennym, a przecież kolarze górscy to nad wyraz twórcze grono.

Charlie Kelly, dziennikarz Cyclist Magazine

Właśnie, tajna broń. W 1992 roku Shimano wypuściło pierwszą zawodniczą grupę MTB: XTR. Zgoda, na wcześniejszych również się ścigano, ale dopiero wtedy nastąpił prawdziwy przełom. Niestety wciąż był to czas gdy rower górski więcej wspólnego miał z szosą niż ścieżką w terenie. Bardzo twarde przełożenia w korbie, wąskie opony i cantilevery; spowalniacze nie hamulce. Potrzeba było wielkiego hartu ducha, aby w takich warunkach i na takim sprzęcie zapuścić się w dziewicze tereny Alaski.

Tak, tutaj potrzeba było czegoś szczególnego, dlatego w 1989 roku Dave Ford wpadł na szatański pomysł połączenia ze sobą dwóch kół (z przodu i z tyłu), dzięki czemu jego „Icycle Bicycle” nie zapadał się w kopnym śniegu tak, jak sprzęt rywali. Innowacje były dokładnie tym, czego potrzebowano na Alasce.

Większość osób pchała swoje rowery, ale Ford mógł jechać dłużej i częściej niż inni, choć i te odcinki wynosiły nie więcej jak cztery, pięć metrów. Tego dnia było zero stopni, padał niewielki śnieg. Choć skutery zrobiły ślad, ciągle utrzymujące się niskie temperatury sprawiły, że był idealny do jazdy na nartach, straszny dla rowerów. Ludzie byli tak przerażeni, że kilku w ogóle nie wystartowało..

Charlie Kelly

Rozwinięciem pomysłu Forda był pochodzący z 1993 roku rower legendy – Clarka Kenta. Młodzież będzie w nim widzieć jedynie zakamuflowanego Supermana, ale prawda jest zgoła inna: to producent (nazwa powstała z połączenia nazwisk założycieli) m.in. tytanowych rowerów. Ich prototypowy fatbike powstał w oparciu o stalową ramę z „modnym” wówczas kształtem tylnego trójkąta, wykonaną z szlachetnych rur True Temper.

Osprzęt to połączenie grup Shimano (tylna przerzutka Deore, stery i sztyca Deore XT) oraz panującego wówczas Suntour’a (hamulce XCD). Każde koło (koła?) posiadało po dwie obręcze zaplecione do piast Shimano serii M730 sparowanych z oponami Fisher FatTrax 2.2”.Tak, to był wyścig, na którym odpowiednio dobrany sprzęt odgrywał olbrzymią rolę. Niestety, nie zawsze wszystko szło zgodnie z planem:

Po kilku godzinach Peter upadł na śniegu i zostałem sam. Wtedy, po raz kolejny zaczął padać gęsty śnieg. Przyspieszyłem aby dotrzeć do następnego punktu kontrolnego zanim szlak stanie się niewidoczny. Nagle zaskoczyła mnie ciemność. Oświetlenie, które w ciągu ostatnich trzech lat nigdy mnie nie zawiodło, padło. Podejrzewałem, że zamókł akumulator. Postanowiłem wyjąć rezerwową czołówkę ale okazało się, że przez cały czas miałem ją włączoną w torbie – akumulator wyczerpał się. Niewiarygodne, nie miałem żadnego światła! Wziąłem do ręki tylną lampkę i używając jej zacząłem grzebać w torbie oglądając akumulator, ale wydawał się być w porządku. Przypadkiem włączyłem długie światła i okazało się, że działają! Przepaliła się żarówka od krótkich. Panika, której uległem zaczęła ustępować. Ruszyłem przez las do następnego punktu kontrolnego.

Dużym i często marginalizowanym problemem było odwodnienie. W zimnie i ferworze walki zawodnicy zapominali o regularnym przyjmowaniu płynów, co często kończyło się źle. Zamarzały stopy i dłonie, a wiatr bezlitośnie chłostał nieosłonięte części twarzy. Mosty zbudowane na potrzeby wyścigów potrafiły ustępować pod naporem obciążonych rowerów, co kończyło się przymusową kąpielą w dziczy. Na rowerach osadzał się lód. Zamarzały linki, przestawały działać przerzutki.

Skuteczność hamowania była zerowa, klocki ślizgały się na obręczy. W tak dużym śniegu rzadko kiedy dało się podjeżdżać. Daleko lepsza metoda polegała na powolnym, wyczerpującym podchodzeniu krok po kroku, blokowaniu roweru i wciąganie się po nim wyżej. Tam, na Alasce, większość zasad była akceptowana i pisana na bieżąco. Gdy Bill Merchant złamał ramę swojego roweru, pożyczył buty do biegania i tak dotarł do mety. Rowerzyści rozpaczliwie szukali technologicznej pomocy i pojawiły się takie wynaturzenia, jak 3 obręcze zaplecione obok siebie.

Dziś to proste, wystarczy pójść do sklepu i fatbike czeka. Nie ma w tym niczego złego, korzystajmy z dobrodziejstw czasów, w których przyszło nam żyć. Ale gdy siedzimy przy ciepłej herbacie, wspomnienie twardzieli jadących nocą przez ośnieżone odludzia oświetlane jedynie krótko żyjącą w takich warunkach lampką z żarówką musi być równie żywe.

Fot.: The PROS closet, halfpastdone.com, sonic.net