Chiński carbon - Siedmiokilogramowy hardtail Michała
Liczba ocen: 7
8.4

Lekki rower to fetysz wielu z nas. Wiele lat temu uważano, że nieprzekraczalną granicą dla hardtaila jest 10 kg. I rzeczywiście, producentom ciężko było przekroczyć ten próg. W końcu i to się udało, a rodzynki takie, jak Gary Fisher Sugar 1 pokazały, że i fulle mogą ważyć dziś tyle, ile niegdyś rowery bez zawieszenia. Niewiele jest jednak dwóch kółek, które mogą aspirować do miana prawdziwego „light – bike”. Dzisiejsze standardy są mocno wyśrubowane i 9 kg nie robi już większego wrażenia.

 

Michał Lewandowicz składając swojego 29-era wszystko podporządkował jednemu – jak najniższej masie całości. Kręgosłup roweru oraz rurki to coraz bardziej popularny ostatnio chiński carbon. Dlaczego?

Ze względu na sporą odległość od bardziej górzystych miejsc i ograniczony czas, moim celem było stworzenie roweru, który będzie możliwie najlepszy tam, gdzie jeżdżę po prostu najczęściej. A jest to płaskie Mazowsze. Koniecznie musiał to być 29-er, gdyż zdecydowanie najbardziej mi pasuje i moim zdaniem sprawdza się na większości tras. Chciałem, aby rama miała sztywną oś i taperowaną główkę. Zależało mi bowiem aby rower, choć wylajtowany, był maksymalnie sztywny i dzięki temu dynamiczny. Co prawda rama miała być nieco inna, (przyszła nie ta, którą zamawiałem), ale jest ok. Spełnia wszystkie moje wymagania i moim zdaniem niczym w nie odbiega jakością od droższych marek. Całość chciałem złożyć jak najniższym kosztem. Dlatego też już na starcie odpadały wszelkie markowe produkty. Sztyca, kierownica, mostek, wspornik siodełka – wszystko to „chińskie” komponenty.

Wzrok przyciąga sztywny widelec. Te jeszcze w czasach kół 26″ powróciły na rynek i często były wybierane przez osoby jeżdżące w umiarkowanie trudnym terenie, ceniące niską masę i prostotę konstrukcji. Michał celnie wyjaśnia powody swojego działania:

Już 26-calówkę miałem sztywną. Na większości tras, na których startuję amortyzator jest zbędny, a rower z nieuginającym się widelcem jest dynamiczny i doskonale prowadzi się np. w zakrętach. Doskonale reaguje na każdy ruch kierownicą. Zdarzało się co prawda, że po zawodach bardziej niż nogi bolały mnie tricepsy od ciągłego amortyzowania uderzeń, które na płaskich, a wyboistych trasach bywają bardzo dokuczliwe. Jednakże większe koła problem ten niemalże eliminują.

W przypadku hamulców i napędu Michał postawił na sprawdzone przez wielu komponenty, przy czym oczywiście nie mogły mieć nadwagi:

Istotna jest dla mnie niezawodność i maksymalna prostota. Myślałem nad różnymi, również mało popularnymi rozwiązaniami, ale ostatecznie udało mi się kupić używany, lecz w praktycznie nienaruszonym stanie napęd XX1. Zdecydowałem się na niego głównie ze względu na niezawodność i pewność precyzyjnego działania. Przy nim ciężko mieć mniej do obsługi i schludniej na kierownicy. Hamulce przełożyłem z poprzedniego roweru. To lekkie i zdecydowanie wystarczające na płaskie trasy Formula R1 połączone z klockami Kool Stop i tarczami Ashima Ai2. Przy prawidłowo odpowietrzonym zestawie nigdy nie miałem problemów z brakiem mocy. Na pewno inaczej byłoby w górach, choć na bardziej pagórkowatych trasach już były testowane i okazały się być w porządku.

 

Jak wiadomo, koła to niezwykle istotny element ściganckiego roweru. Za ciężkie nie pozwolą się szybko rozpędzić, zbyt lekkie (szczególnie w przypadku 29″) mogą być niestabilne (wiotkie) i łatwo się deformować. Michał nie oszczędzał na tym elemencie. Piasty pochodzą od ulubionej manufaktury wszelkiej maści „tunerów” – niemieckiego Tune. Obręcze to leciutkie Ryde, a szprychy pochodzą z fabryki Sapim, przy czym jest to niezwykle rzadki (i drogi!) model CX-Super Spoke. Całość została zapleciona przy użyciu tensometru:

Choć koła wydają się być maksymalnie wylajtowane i wątpliwej sztywności, to jednak ta druga cecha ich nie dotyczy. W moim odczuciu w ogóle im nie brakuje im sztywności, toczą się świetnie i w żadnym kierunku nie gną. W przypadku opon postawiłem na jak najbardziej uniwersalne -tak, by poradziły sobie w każdym terenie. Padło na przetestowane w poprzednim rowerze Continental X-King, które bardzo dobrze się toczą na suchych trasach i jak dla mnie wystarczająco trzymają w błocie. Nigdy nie miałem na nich problemów, nawet na błotnistych, technicznych odcinkach.

 

Złożenie roweru przebiegło bez problemów, choć drobne „przestoje” w pracach miały miejsce. Co było ich przyczyną?

Kłopotem były osie Extralite, gdyż nie miałem gwintów ani w ramie, ani w widelcu. Udało mi się kupić jednak nakrętki na śruby M12x1.5 i M15x1.5, choć za tą drugą sporo się nachodziłem. Odpowiednio je spiłowałem, by weszły w gniazda i tam osadziłem. Rozwiązanie się sprawdza; zero problemów, a sztywność wkręcanych osi jest wspaniała.

Na koniec masa roweru 🙂 Michał za cel obrał sobie 7 kg. Jak mu się to udało?

Rower miał być jak najlżejszy. I tutaj momentami była to raczej sztuka dla sztuki, niż użyteczne zejście z masy, lecz cel był prosty – poniżej 7 kg bez pedałów. Ostatecznie udało się, waga pokazała 6995 g bez koszyka i pedałów. Całość gotowa do jazdy: 7292 g.

Podoba się Wam?

Zdjęcia: Fotografiarowerowa.pl